Cześć! Wczoraj odbyła się pierwsza edycja katowickiego FOOD FEST – festiwalu kulinarnego w katowickiej Galerii Szyb Wilson. Takie przedsięwzięcie to nie lada gratka dla amatorów kuchni eko, bio, slow foodu, może nawet usprawiedliwionego fast foodu (viva food trucki!), kuchni regionalnej, czy bardziej egzotycznej oraz krzepiących niszowych trunków. Ogromnie się cieszę, że tego typu akcje coraz częściej odbywają się na Górnym Śląsku i stają się nowym elementem kulturowego wizerunku tego rejonu.

blog food fest

Na ów interesujący nas festiwal wybraliśmy się z mężem sami, bez pociechy, przeczuwając chyba pojawienie się barier uniemożliwiających swobodne poruszanie się dziecięcym wózkiem. No właśnie – tu nastąpi moment drobnej krytyki imprezy pod względem organizacyjnym, żeby potem skupić się wyłącznie na sukcesach tej wspaniałej mimo wszystko imprezy.

Zainteresowanie było tak duże, że aż przerosło oczekiwania organizatorów wydarzenia. Entuzjaści dobrego jedzenia i napitku na FOOD FEST! przybywali tłumnie do tego stopnia, że w bardzo krótkim czasie pojawiły się trudności ze swobodnym poruszaniem się i spoczynkiem w celu konsumpcji (mówiąc po ludzku: brakowało stolików, przy których można było zwyczajnie przystanąć i zjeść na stojąco). Kolejny minus: organizacja pokazów, z których tak naprawdę niewiele można było zobaczyć (brakowało możliwości „zajrzenia prowadzącym do garów” – może jedna kamera i rzutnik na ścianę załatwiłyby sprawę). Miejsce prowadzenia paneli można było również nieco odseparować, żeby umożliwić do nich dostęp tym, którzy rzeczywiście byli zainteresowani tymi prelekcjami. Szkoda też, że wystawcom tak szybko wyczerpały się zasoby – już w połowie imprezy ekspozycje pustoszały. Szybko dość zapanował nieporządek – brakowało śmietników lub nie były one wystarczająco często opróżniane.

Poza tym, mogę śmiało powiedzieć, że festiwal odniósł ogromny sukces. Strzałem w dziesiątkę było zorganizowanie małej, ale reprezentatywnej strefy food trucków (ach, te churros!) na zewnątrz, choć mroźna aura była bezwzględna. Wnętrza galerii Wilson tworzyły ciekawą, śląsko-hipsterską (nie mogłam się powstrzymać!) atmosferę. Wystawcy zaprezentowali szeroki wachlarz swoich najbardziej charakterystycznych produktów. Było sushi, kołocze, dania wegetariańskie i wegańskie, wypieki piękne, naturalne i zapewne zdrowe (kalorie=energia, kalorie=energia… To nic, że mam nadwyżki… tej energii, rzecz jasna), potrawy kuchni koreańskiej (to mój numer jeden tego festu!), niszowe piwa i wina, tłoczone soki, miody, herbaty, kozie sery. Było też stoisko, którego nie mogliśmy pominąć – mały kiermasz pięknych świątecznych akcesoriów wykonanych przez podopiecznych fundacji Dom Aniołów Stróżów 🙂 Mieliśmy też szczęście spotkać dawno nie widzianych znajomych: Ania, Michał – serwus! Miło było Was zobaczyć, dzięki za towarzystwo!

Pogadała, a teraz czas na małą fotorelację – przyjemnego oglądania 🙂

fot. Tata

Na koniec dodam tylko, że czekam na kolejną edycję festiwalu i wierzę, że organizatorzy wyciągną wnioski z tych kilku potknięć. Miło by było uczestniczyć w takim wydarzeniu w wiosenno-letnim okresie (będzie można przenieść część ekspozycji na zewnątrz i zyskać więcej przestrzeni, a i dostęp do sezonowych produktów podkręciłby możliwości, np. producentów warzyw i owoców. Mam nadzieję, że skusicie się na następny FOOD FEST! KATOWICE – do zobaczenia 🙂

Mama